|
Strona 2 z 11 Podwójne drzwi - Henryk Gała
Zadałem się z nim na samym początku, jego początku, ale jak to było, już nie wiem. Pewne, że musiał w tym maczać palce Jurek Jankowski, który szefował (a na pewno działał) wtedy w kulturze (tak się mówiło) w jednej z organizacji studenckich z ulicy Wita Stwosza, dokąd nas, żądnych sławy poetów z grupy artystycznej „Dlaczego Nie”, przyciągała redakcja „Poglądów” (w końcu 59. już zarżniętych) i, co pewien czas, redagowanie kolejnej jednodniówki literackiej.
Zadałem się z nim na samym początku, jego początku, ale jak to było, już nie wiem. Pewne, że musiał w tym maczać palce Jurek Jankowski, który szefował (a na pewno działał) wtedy w kulturze (tak się mówiło) w jednej z organizacji studenckich z ulicy Wita Stwosza, dokąd nas, żądnych sławy poetów z grupy artystycznej „Dlaczego Nie”, przyciągała redakcja „Poglądów” (w końcu 59. już zarżniętych) i, co pewien czas, redagowanie kolejnej jednodniówki literackiej.
Trudno dzisiaj rozczesywać ten strumień zdarzeń i energii, który tworzył nas i pochłaniał, ale jedno można powiedzieć: chcieliśmy, aby to, co robimy, miało nasz stempel nowości i chociaż trochę zależało od nas. Oczywiście, ci, którzy sterowali realnie, mieli swój „klub” gdzie indziej, nad Odrą, przy katedrze fizyki uniwersyteckiej (sublokatorsko, jak złośliwie mawiałem, a jednego ze sterników, tego od propagandy, zapisałem potem jako cynicznego aforystę w „Akademii poetów”). Oni wiedzieli, że w miejscu takim jak Pałacyk łatwiej upuszczać pary ze studenckiego kociołka, jakby jednak nie oceniać tego ideowego cynizmu, to rachuby jego wyznawców były tylko częściowo trafne. Pałacyk miał być miejscem reprezentacji, odpowiednio ideolostrzyżonej i strzeżonej, wrocławskiej kultury studenckiej. I kiedy trzeba było, to bywał, ale przede wszystkim stał się miejscem zbierającym ludzi tworzących nową, własną sztukę i, co nie mniej ważne, miejscem rodzenia się i sprawdzania talentów organizacyjnych. Od dawna, są to banalne oczywistości, dzisiaj zestandaryzowane i oprawione rutyną, ale wtedy to było coś zupełnie spoza rutyny partyjnych funkcyjnych, odpowiedzialnych za pion (poziom był z góry zadany) studenckiej kultury.
No więc przyciągał i skupiał Pałacyk gromady różnych, niespokojnych. A było ich niemało, choćby w tak różnych miejscach, jak „Hades” i „Od nowa” – nałogowo i tłumnie używanych. „Hades”, w podziemiach TPPR-u* (proszę redaktora o załączenie słowniczka terminów i skrótów ówczesnej mowy-trawy), firmowany przez studencki ZMS**, i „Od nowa”, na Podwalu, w podwórzu, w świetlicy (był to zwykły barak) jakiegoś przedsiębiorstwa, budowlanego chyba. „Hades” poza tym, że wymalowany w abstrakcyjne (najpierw przez Gienia Wójcika, a potem przez Rychlickiego/?/) demonizmy, był miejscem stałych prezentacji poezji i jazzu (niezapomniany „Erroll” Kosiński) i miał w bufecie panią Józię, o miękkim sercu (na prośby o „krechę” albo podanie wiadomo czego po godzinach, z zaplecza), na dodatek funkcjonował o godzinę dłużej niż miejskie kawiarnie, stał się więc wrocławskim „ściekiem” dla aktorów, filmowców i niektórych prywaciarzy.
W „Od nowie” szalał Teatrzyk Egzystencjalistów „Co Nie Co” Hanki Jarosz i Józia Drosika oraz gromada jazzmenów z Jurkami: Pakulskim i Grossmanem. Dżemseszeny zaczynały się po dziesiątej wieczorem i mogły trwać do wczesnych godzin rannych, bo wtedy wokół nie było jeszcze prywatnych lokatorów, ale i tak próby Jurka Grossmana, od rana walącego w bębny (sypiał w klubie, nie on jeden zresztą), wielokrotnie wywoływały groźby przepędzenia studenterii nie pozwalającej pracować umysłowym budowlańcom w pobliskich biurach.
Jeśli idzie o ten adres, muszę wspomnieć o pierwszej ulicznej manifestacji, nielegalnej jak najbardziej, której organizatorką i jedyną uczestniczką była Hanka Jarosz. Otóż ta zajadła feministka i bezceremonialna bluzgaczka słowna, na wiadomość, że szachinszach Iranu rozwiódł się, czyli wywalił z pałacu szachinszachową Sorayę z powodu braku potomstwa, zaprotestowała maszerując na bosaka Podwalem z własnoręcznie wypisanym transparentem: NIKT SORAYI NIE UYAI! Ilekroć teraz słyszę Hankę w „radiu kierowców” recenzującą przydrożne knajpy, chichocze słonecznie moje stare serce. Całuję cię, Hanka, za niechrzczoną krwawą Mary w „Schronie” i pierwszy w życiu chłodnik litewski twojej roboty, który zjadłem do spółki z podbaranami krakowskimi, których ukryłaś przed wylegitymowaniem przez wiadome organa, kiedy okazało się, że występ ich kabarée nie ma imprimatur cenzury. Mieszkałaś wtedy w jakiejś suterenie, gdzieś na zapleczu słynnej knajpy KDM. No dobrze, ale ma być o Pałacu. Ależ właśnie jest o nim, bo nie byłby tym, czym stał się, bez tego, co było przed nim.
No więc był przy Kościuszki ten pałacyk, niczym niepodobny do dotychczasowych miejsc, w których bawiliśmy się w życie, po swojemu próbowaliśmy układać swoje recepty na świat. Były to zabawy, cholernie poważne niekiedy, ale zawsze podszyte przekorą i nonkonformizmem. Co prawda pożegnaliśmy już, w rzeczywistości zrobiono to za nas, październikowy „rozumny szał”, ale nie „dojrzeliśmy” jeszcze do cynizmu. Metryki oszczędziły nam losu kolumbów, choć każdy miał u siebie w domu (jeśli ocaleli) nieźle poharatanych, również po wojnie już, najbliższych krewniaków. Mówiąc potocznie – nie my braliśmy w dupę, więc żywiliśmy (to dobre w tym miejscu, zamierzchłe już słowo) w sobie mniej niż nadzieję, przeczucia, że można i trzeba inaczej urządzać ten świat. A na pewno należy mówić o tym, pisać, pokazywać, jeśli i jak tylko się da.
Nam (z)dawało się przez teatr. Nam, to znaczy Jurkowi Jankowskiemu i mnie. Jurek zawsze był (od kilku lat nie można już dodać – i jest) nieco tajemniczy. Odkąd go pamiętam, to znaczy od jesiennego wieczoru w jego sublokatorce przy Jedności Narodowej, dokąd zaproszony zostałem na spotkanie przez ludzi z „Dlaczego Nie” w celu inkorporacji do ich grona. Otóż kiedy przeżyłem już emocje bezlitosnego, jak czułem, wybebeszania moich wierszy przez każdego z obecnych i, mimo to, nakłaniania, abym przeczytał jakieś nowe, odezwał się Jurek: Przepisz na maszynie i daj mi, będziemy drukować naszą kolumnę, potem zza tapczanu czy spod łóżka wyciągnął kilka butelek wina i zanim je ktoś pootwierał i rozlał do czego się dało to „płynne złoto polskich sadów”, odczytał wpięte już do skoroszytu pismo od poznańskiego „Wierzbaka”, zapraszające nas (nas, bo byłem już przyjęty do Grupy) na „Listopad poetycki”. Taki był Jurek – porządkował, organizował, „prowadził papierki”, starał się ogarnąć każdy żywioł, zbierał i dokumentował.
Kilka lat temu, kiedy wykryłem go pracującego na jednej z wrocławskich uczelni, w której studiowała moja córka, po odwiedzinach w jego mieszkaniu, podarował mi program teatralny z premiery mojej debiutanckiej jednoaktówki, którego, oczywiście, nie miałem. Zaskoczył mnie, podobnie jak wtedy, kiedy przed oficjalnym jeszcze otwarciem Pałacyku zaproponował mi wspólne założenie teatru, który by tam działał. Wiedział, że mnie „znosi” w teatr, nie tylko z moich wierszy, pisania, ale i pomysłu „teatru gruzów”, dość obłąkańczej idei grania spektakli poetyckich w „żywych”, ciepłych jeszcze wrocławskich gruzach otaczających targowisko przy placu Nankiera.
Był już Kalambur, ścigający się, nie bez powodzenia, z coraz sławniejszą krajową czołówką studenckich scen satyrycznych, ale nam marzył się teatr inny, równie nowatorski, ale serio, bardzo serio. Tylu autorów, tyle tekstów ze świata miało wtedy swoje polskie debiuty, słyszało się tyle o nowym w europejskich teatrach, a co najważniejsze, nas samych wypełniało palące pragnienie wypowiedzenia tego, co zdawało się nam prawdą pierwszą, jedyną i konieczną o życiu i świecie, której nikt (poza nami) nie miał odwagi wypowiadać. Długo licytowaliśmy się w pomysłach i kłócili o to, jak nazwać taki teatr, aż w końcu zgodziliśmy się na nazwę CZŁOWIEK XX, przy czym słowo człowiek pisane było w dwóch linijkach CZŁO/WIEK, a oba iksy na wysokość tego dwuwiersza. Wszystko powinno być jasne – człowiek XX wieku, podwójnie anonimowy i zapisany w nieco kalamburowej postaci.
Jurek zgłosił gdzie trzeba było powstanie teatru, napisał odpowiednie urzędowe pisma, zlecił wykonanie pieczątek i wydrukowanie legitymacji (bez tego wtedy się nie istniało), skrzyknęliśmy gromadkę chętnych, o których wiedzieliśmy, że scena ich ciągnie, Rada Okręgowa ZSP dała pieniądze i już świąteczno-noworoczną przerwę spędziliśmy w schronisku pod Sobótką, na pierwszych sprawdzianach. Możliwości aktorskie czy choćby wykonawcze próbowała oceniać i korygować Małgosia z krakowskiej wyższej teatralnej (wkrótce ceniona wsród krytyków teatralnych) a my, w trójkę, z Jankiem Czopikiem, próbowaliśmy z potopu lektur i własnych, niespokojnych pomysłów, pisać spektakle. Było tego tyle, że po kilku miesiącach musieliśmy przygotować, w tym samym prawie terminie, dwie premiery.
Pierwszą była „Druga szkoła filozoficzna”, której tytuł wzięliśmy z rozprawki Tadeusza Różewicza, a pewne jej fragmenty oraz opowiadanie Andrejewa, „12 powieszonych” bodajże i jednoaktówka „Jest tam kto?” Saroyana, stanowiły kanwę spektaklu o ludziach skazanych na śmierć w różnych sytuacjach i z różnych przyczyn. Rzecz dzieje się wszędzie, gdzie żyją ludzie pozbawieni wolności – obwieszczał w akustycznym prologu, przy całkowicie wyciemnionej scence i widowni, męski głos (może nawet mój) w dudniącym korytarzu, przytrzaskiwany łomotem żelaznych drzwi, z fragmentami Ravelowskiego Bolera w tle. A więc jasno, choć ogólnoludzko, mówiliśmy, o co nam chodzi. Nawet dziś chyba jest to czytelne, choć coraz trudniej definiować pojęcie wolności, a ci, czy to, co ją nam odbiera, przynajmniej tu i teraz, ma bezosobową postać, jeśli w ogóle ma jakąś.
Tytułu drugiej premiery nie pamiętam, może dlatego, że nie ja ją realizowałem, tylko Wowa Herman, a nie mogę już zadzwonić do Jurka, żeby zapytać, a ten na pewno, od razu, jeśli nie przeczytałby z pamięci całego afisza, to po chwili wygrzebałby z prywatnego archiwum. I tak ruszył teatr CzłoWiekXX, albo Teatr Ksy Ksy, jak przezwali nas szydercy, których nie brakowało wśród kibiców tego, co działo się w Pałacu. Nie budziliśmy entuzjazmu publiczności, niezbyt licznej zresztą, ani krytyki, najwyżej zainteresowanie tym, co też wymyślimy, jakie teksty znajdziemy, a może napiszemy, żeby nękać wyznawców większej i mniejszej stabilizacji, drażnić partyjnych stróżów ówczesnej political correction.
Zagraliśmy jeszcze, w mojej realizacji, „Suitę radioaktywną” z tekstów o lotnikach, którzy zrzucali bombę A na Hiroszimę i o japońskich rybakach napromieniowanych w czasie amerykańskich prób jądrowych na Pacyfiku i „Niech zbudzi się drwal” według P. Nerudy. W „Suicie” próbowałem znaleźć, stworzyć własnego pomysłu ruch sceniczny, gest ciała aktorów, które miały być instrumentami, a nie ilustrować teksty. Przy „Drwalu...” poznałem Witka Stankiewicza, szefa wrocławskiej cenzury (kto go pamięta, ten wie, że dla ludzi sztuki zawsze był Witkiem), który za żadne skarby nie chciał puścić fragmentu poematu poświęconego Stalinowi. Miałem na ten ustęp reżyserski pomysł, aby wykonawca nie mówił (bo mówiliśmy tę poezję z prostotą potocznej opowieści), ale recytował tekst z emfazą radzieckiego piereżywanka, co miałoby wiadomy wyraz, nie tylko artystyczny, jednak cenzor nie ustąpił. Dał mi nawet, nad ranem następnego dnia, postrzelać z tetetki do drzew na Wzgórzu Partyzantów. Mieszkał nad biurami WUKPPiW*** przy Nowej, był zaledwie świt, strzelaliśmy po dwa razy tylko, ale i tak zabawa w obłaskawianie poety skończyła się szybką wizytą milicji. Bez żadnych złych skutków, ale zgody na Stalina nie dał.
Przez te prawie trzy lata, kiedy prowadziłem teatr (Jurek Jankowski, po pierwszych premierach, skupił się bardziej na działalności zetespowskiej i – chyba już wtedy – rodzinnej), dołączyłem do tych, dla których prawdziwym domem był Pałac. Studiowałem jeszcze, bo po chemii poniosło mnie na filozofię, pisałem intensywnie, Ossolineum przyjęło mój debiutancki tom wierszy, a nawet wywojowałem przydział mieszkaniowy (i to gdzie! Pl. Teatralny 4a, II p., lokal 1,7x4,5x3,5 m), musiałem zarabiać na życie, ale prawdziwe, istotne życiowe sprawy były pod adresem: Kościuszki 34. Nie tylko dla mnie. Od początku, do końca działalności teatru, również po moim odejściu, scenografię robił Mieczysław „Sacha” Brzezicki, dzisiaj amerykański artysta Sacha Beres. Mordował się, na wiele sposobów, bo ze spektaklami wyniesiono nas do sali lustrzanej, zwanej balową, bo w „naszej” piwnicy zamieszkał, ku radości wielu, Edul, kalamburowy prześmiewca. Dźwięk i nie mniej niż scenografia ważną muzykę z taśm, a także fotosy, robił Zbyszek Lachowicz, którego unikalna i charakterystyczna twarz przydawała się na scenie nie tylko CzłoWiekaXX, ale i później; kiedy pracował w telewizji, grywał epizody w spektaklach i filmach. A wykonawcy, aktorzy naszego teatru? Wszyscy uczyliśmy się wszystkiego – od dykcji i ruchu, przez wszechstronną, historycznoliteracką i filologiczną analizę tekstów (pamiętam fascynujące zajęcia Feliksa Przybylaka o poezji niemieckiej) aż do sprzedawania biletów i uprzątania sali po przedstawieniach. Zabierało to wiele czasu, wymagało więc umiejętności skupiania się i rygoru, dyscypliny, co uczyniło ze mnie, w oczach nie tylko „moich ludzi”, budzącego popłoch satrapę. Wypomniała mi to publicznie, przed kilku laty, na obchodach pogrzebowych Kalambura, Halina Woźniczka, która choć uwiedziona w małżeństwo przez Bogusia Litwińca, w naszym teatrze wytrwała od początku do końca. To także pierwsza dyplomowana aktorka z IksIksa, drugą, zdaje się, była Asja Łamtiugina, najpiękniej mówiąca Rilkego, także poetka, pisarka, i – co dodaję jako ustępstwo potrzebie i skłonnościom plotkarskim – matka Olafa Lubaszenki, aktora i reżysera filmowego. Poza tym ten okropnie (świadoma dwuznaczność, biorę ojcowską odpowiedzialność) serio teatr rozkręcił aktorsko dwóch chłopaków dla teatru muzycznego: Krzysztofa Tysnarzewskiego i Janusza Michalewicza (ciągle przystojny i urodziwy!).
Czy moglibyśmy robić to samo czy też tak samo mówić publicznie, gdyby Pałacyku nie było? Pytanie retoryczne, ale warto pomyśleć, dlaczego odpowiedź na nie wydaje się tak oczywista. Studenckość była bowiem dla twórczej swobody znakiem azylu i choć jedynie w tzw. ramach tolerancji, to jednak te ramy dawało się rozciągać, po swojemu rozginać. Wtedy, i długo jeszcze, wszyscy żyliśmy pod panowaniem kolektywizmu (tak, jak dzisiaj żyjemy, już nie w ramach, ale pod jedną kreską – forsy), ale nie chciało nam się uciekać od tego, co jest (tzn. było), ale próbować zobaczyć, jaki jest kosmos innych ludzi, inne światy, przepływać rzeki podziemne, choćby płynęły (nie tylko z butelek) w pałacykowej piwnicy grotołazów, drukować swoje wiersze (dzisiaj to prostsze niż zatemperowanie ołówka) ulatujące w noce poezji i jazzu, i robić to w przekonaniu, że ma to sens, bo musi, choćby trochę, zmienić nasze życie.
I tak było, w ogromnym natężeniu wyobraźni i ambicji, bo przecież ci, którzy „robili”, budowali ten klub, to była gromada nielichych ambitusów, drażliwców zainfekowanych niepokornością. Nawet ci, którzy firmowali nasze pomysły wobec władzy (wtedy władza była czymś innym niż jakiekolwiek władze), czyli działacze zetespowscy, robili swoje, nawet jeśli było to wyłącznie dążenie do kariery, podporządkowując się wyścigowi wiedzy, chęci działania i nieortodoksyjnego pragmatyzmu, indywidualizmu, niewyzbytego jednak „obłoczka” ideowości. To nie był wyścig szczurów. Dlatego bardzo ucieszyłem się wiadomością o powstaniu Ordynackiej i z rozbawieniem przyglądam się, jak ci, którzy ponoć już od maleńkości nie chcieli kolaborować z reżimem (a najczęściej nie nadawali się do niczego, czego demonstracji doświadczamy od kilkunastu lat), wpadają w panikę, bojąc się działań stowarzyszenia zetespowskich liderów.
Ja to rozumiem, bo jest czego. Chętnie „zapisałbym się” do Ordynackich, ale nigdy nie aspirowałem do warszawskich adresów, central ani redakcji (Polskę robi się w powiecie, nie na Nowym Świecie – wymyśliłem bardzo dawno temu), choć na ulicy Ordynackiej, jak i Mokotowskiej („Hybrydy”) bywałem często. Kiedyś nawet wezwano mnie do Warszawy nazajutrz, telegramem z Rady Naczelnej, po Medal 1000-lecia PP. Dziewczyny z Pałacyku odnalazły mnie, dały bilet i adres, więc pojechałem kompletnie zdezorientowany tą wiadomością (dlaczego medal i to przed trzydziestką, jak jakiemuś weteranowi?) i przesiedziałem pod wskazanym adresem na międzyuczelnianej naradzie geologów, ale medalu nie dali.
Z pewną ulgą, ale i kafkowskimi skojarzeniami, wróciłem do Wrocławia, gdzie następnego dnia nasłuchałem się od Gienia Adamczaka (szefa RO ZSP), jaki to jestem „artysta”, co lekceważy taką poważną sprawę. Przy czym cudzysłów precyzowany był przy pomocy kilku złośliwych epitetów. Nie pamiętam już, czemu w Warszawie trafiłem pod niewłaściwy adres, ale pierwszy błąd polegał na tym, że z dworca trzeba było pojechać na Ordynacką. Tam wszystko się zaczynało i skupiało. O medal oczywiście nie upomniałem się, bo śmieszyło mnie zawsze podstawianie piersi. Ale było to już chyba pod koniec mojego drugiego pałacykowego wejścia.
Jak poszedłem w etat do Pałacyku, nie pomnę. Zajmowałem się programem artystycznym klubu. Całością rządziła Danka Szopianka – polonistka z przeszłością recytatorską i teatralną, na szczęście bez ciągot do przedłużania artystycznego gwiazdorstwa jedynie teatralnego, za to z intelektualnym polotem, pracowita i konsekwentna, błyskotliwa i złośliwa. Niczego sobie partnerka do pałacykowej orki. Jazz nad Odrą, Noce poezji i jazzu z turniejami jednego wiersza o jedyną Wielką Nagrodę Braw Publiczności, regularne spektakle różnych krajowych scen (pierwsza chyba we Wrocławiu wizyta „13 rzędów” Jerzego Grotowskiego), turnieje kabaretów studenckich, wrocławski off-Teatr Otwartej Sceny (do którego powstania dołożyłem ojcowskiej ręki) Rom(uald)ka Szejda (od lat teatr „Prezentacje” w Warszawie), fantastyczne bale (nie tylko sylwestrowe czy półmetkowe) – to już kanon wspominania pałacykowego programu z tamtych lat, ale czy można nie przypomnieć otwartych dla każdego kursów języków obcych pod hasłem „Koledzy, nie momotać” (za tygodnikiem „Polityka” – „Polaku, nie jąkaj się”), czy mającego fantastyczne powodzenie cyklu odczytów „Miłość i małżeństwo w XX wieku”? Nie pamiętam nazwiska pomysłodawcy, asystenta z Akademii Medycznej, ale wykłady trwały przez cały rok i prowadzili je świetni specjaliści z różnych dziedzin, nie tylko medycznych, również spoza Wrocławia. Publiczność płaciła za wstęp i waliła tak, że już drugi wykład musieliśmy przenieść do sali lustrzanej. W następnym miesiącu konieczna była przedsprzedaż biletów i mordęga gospodarza klubu, pana Franciszka Pukasa, z odprawianiem chętnych w dniu odczytu.
Jak każdy klub, poza współ- i pracownikami, miał Pałacyk kilka orbit satelitów, wśród których niemałą grupę stanowili besserwisserzy obchodzący codziennie główne kluby miasta. Zaczynali od kawy w Empiku, w którym właściwie rezydowali, zaglądali do Pałacu, wpadali na coś drobnego do „Centralnej” (bar, nie kawiarnia), może przysiedli w Klubie Dziennikarza, jeśli nie mieli „spalonej” karty wstępu, bo rygorystyczny szef, red. Lucjan Socha, bezwzględnie tępił wszelkie wybryki, szczególnie obcych, tj. nieżurnalistów, a kulawy cerber-szatniarz-portier, o którym mówiono, że był ubekiem, nieustępliwie egzekwował wszelkie zakazy (stąd pewnie wziął się epitet „Klub Chamów”), w przez wiele lat najbardziej modnym i snobistycznym klubie we Wrocławiu. Potem ewentualnie jeszcze raz do Pałacu – nie, żeby obejrzeć jakąś imprezę, ale pokazać się i mieć o czym mówić jutro, albo jeszcze tego samego wieczoru, w Związkach na Rynku, gdzie kończyła się zwyczajna, codzienna trasa. Była to bardzo elitarna orbita (odnajduję na niej zaledwie trzech satelitów), mająca jednak wpływ na potoczne opinie środowiska. Inną orbitę tworzyli ludzie niezwiązani organizacyjnie (już, a najczęściej nie byli to studenci), różnych umiejętności, zajęć, pasji i potrzeb, którzy prawie codziennie kręcili się po klubie, szukając okazji włączenia się, pomocy przy czymś, zarobienia paru groszy, a przede wszystkim bycia wśród, między i w czymś, co wydawało się być im lepsze od każdego innego sposobu spędzania własnego czasu. To także ludzie Pałacyku, choć ich nazwisk brak na archiwalnych szpargałach.
Piszę to, aby z tekstu nie wyłonił się egocentryczny obraz, że było to miejsce jedynie dzięki nam i dla nas. Choć oczywiście bez nas byłoby inne, ale też by było, i cała moja radość z tego, że trochę swojego życia tam nie zmarnotrawiłem. Takich klubów było w Polsce kilka, wydaje mi się że trzy, może cztery – Stodoła i Hybrydy w Warszawie, gdański Żak, krakowskie Jaszczury, ale były i inne, bo żadne większe środowisko studenckie, a bardziej chyba zetespowscy działacze, nie chciało być „sroce spod ogona”. Chcąc nie chcąc, a na dobrą sprawę, nie rozumiejąc, że nie chcieć może mieć sens, braliśmy wszyscy udział we współzawodnictwie. Tym bardziej, że na festiwalach kultury studenckiej pojawiła się konkurencja klubów i trzeba było jakoś wypaść.
Nie mogę wygrzebać z pamięci, w którym to było roku (pewne drzazgi pamięci bardzo osobistej podsuwają mi rok 1967), ale to nieważne, bo wygraliśmy z całą Polską, i to w Warszawie. Pamiętam za to, że poza pałacykowymi pewniakami, jak jazzowy kwartet Jurka Pakulskiego, pantomimiczny „Gest” Marka Gołębiowskiego i galeria plastyków (Jurek Jerych i Inga Glądała), zakasowaliśmy festiwalową publiczność i jury, fotograficzną (było też chyba coś drukiem) prezentacją autorstwa Jerzego Olka, podziwiam w tym momencie swoją pamięć! – konwersatorium topologicznym Hugona Steinhausa, z udziałem młodych wrocławskich matematyków (Mioduszewski, Nitka i kto jeszcze? Co dzisiaj znaczy „wrocławska szkoła matematyki”?). No więc byliśmy najlepsi w całej studenckiej Polsce.
Z czasu, kiedy miałem pieczątkę: z-ca dyr.d/s. progr.-art. Klubu Pałacyk, muszę wspomnieć o„Arce”. I to bardziej jako znaku trwałości idei czy też utrafionej nazwy, niż z powodu wielkich dokonań. Wtedy, to jest z końcem 1964 roku, Kalambur dorobił się budynku przy Kuźniczej i liryczny szyderca Edul z piwnicznej scenki w Pałacu wyniósł się do „prawdziwego” teatru (co, jak pamiętam, jego humorowi nie wyszło na zdrowie), mieliśmy więc do użytku kawałek przestrzeni, i to ustronnej, w dwóch salkach, na końcu korytarza, za grotołazami, ale głośne przeszłością. Trzeba było znaleźć coś odpowiedniego. Personalnie najbardziej na tym miejscu wydawał mi się Noe, jako symbol chronienia przed gwałtownym przyborem, a właściwie zamuleniem. I choć potop nie nastąpił (dzięki równowadze strachu na świecie), to w połowie lat 60. wyraźnie przybierała beznadzieja, a mała, wredna „normalność” zapuszczała w ludzi zęby. Azylem miała być „Arka”. Pełna nazwa – Klub Młodzieży Artystycznej ARKA, już nie studencki, bośmy wszyscy jakoś bardzo szybko wyrastali ze studenckich legitymacji.
W barku „Arki” grzany z korzeniami sikacz, początkowo podawany przez Marka Gołębiowskiego, świetnego mima, pianistę komponującego piosenki i śpiewającego je, kompletnego, jak się dziś mawia, aktora estradowego. W salce ze scenką ruszył Teatr Otwartej Sceny, grający małe formy teatralne z nowej dramaturgii angielskiej i amerykańskiej. Zapał nierozładowanych na scenie Polskiego młodych aktorów był tak wielki, że po kilku pierwszych przedstawieniach (którejś z jednoaktówek Albeego) Romek Szejd przyszedł do mnie na skargę, że grający z nim Zyzio Bielawski nie markuje bójki; pokazywał siniaki, musiałem więc budzić między nimi ducha koncyliacji. Koncerty Jazzowego Hot Klubu Pałacyk i występy Sceny Piosenki często były wydarzeniami sezonu. W kącie salki barowej był też stolik z maszyną do pisania i papier maszynowy, żeby, kto zechce, mógł, co mu się podoba, napisać i „opublikować” na desce przymocowanej do ściany. Wybory tej (i innej) twórczości ukazywać się miały w wydawnictwach „Arki”. Wyszedł jeden tomik, w podtytule określany skromnie jako informator klubu literackiego (widać termin almanach jeszcze się wtedy nie do końca zużył), a otwierał go wiersz Krzysztofa Coriolana Dochodzenie dna, w którym tylko tytuł był aluzją do rzeczywistości, bo sam wiersz mówił o nurkowaniu, za to Stanisław Dróżdż, którego z podziwem oglądałem wśród jego Alea... na weneckim Biennale, pisał w jednym z wierszy: List otrzymałem / nadawca znany / korespondencja regularna / nie otwieram koperty / wiem co napisane / ale chowam z nadzieją / może coś innego / i długo noszę list nowego pusty / zanim otworzę / „U mnie wszystko po staremu... / Napisz co u ciebie.” / i odpisuję / „U mnie wszystko po staremu... / Napisz co u ciebie.” rzadko otrzymujemy list niespodziewany A nam chodziło właśnie o rzeczy niespodziewane, a przynajmniej inne od tych, które zalewały wszystkich.
Niemało nas było, ale naprawdę wielu było arkowiczów. Najbardziej jednak zdumiało mnie to, że kiedy po latach przyszedłem do Pałacyku w lokalu zastępczym, przy ul.Ofiar Oświęcimskich (w pomieszczeniach po „pantomineciarzach”, jak mawiał A. Słonimski, teatrze Henryka Tomaszewskiego), w absolutnie parterowej sali wydzielony był kącik z szyldem „Piwnica Arka”. Wtedy poczułem się naprawdę dumny – moja idea była silniejsza od biurokratów, trwalsza niż księga adresowa, stała się cząstką historii miasta.
I basta.
Henryk Gała
Ps. Dlaczego „Podwójne drzwi”? Są w Pałacyku między salą lustrzaną a pokojem od frontu przesuwane drzwi z obu pomieszczeń, na szerokość bardzo grubej ściany. Zwykle były tam różne rupiecie, uporządkowane na ogół, niepotrzebne codziennie rzeczy, ale było tam dość miejsca, aby ukryć się, zamknąć z kimś albo po prostu przechować. Nierzadko można było tam wypić w skrytości jedną czy kilka buteleczek w nadzwyczaj miłym, dobranym, a nielicznym towarzystwie. I inne, piękne wspomnienia z tego miejsca ma niemało osób, na ogół wpadających tam parami.
Taki ukryty, mały, intymny pałac.
Między drzwiami
|