START > Polecamy > Miejsca i ludzie > Wspomnienia pałacykowiczów (1) - Pałacyk - moja klęska i moja radość - Jan Sawka
 
Wspomnienia pałacykowiczów (1)
Wspomnienia pałacykowiczów (1) - Pałacyk - moja klęska i moja radość - Jan Sawka PDF Drukuj Email
( 117 oceniających )
Polecamy - Miejsca i ludzie
Wpisany przez Cezary Żyromski (opr.)   
Spis treści
Wspomnienia pałacykowiczów (1)
Podwójne drzwi - Henryk Gała
Rezydenci i bywalcy - Andrzej Łapieński
Szopianka w Pałacyku - Danka Szopianka-Strumpf
Jeszcze o Pałacyku. I nie tylko - Ludwik Bukowski
Mój kochany Pałacyk - Tereniusz Nawrocki
Z Kościuszki na Ofiar - Teresa Rudzka
Wszyscy wracamy do Pałacyku - Marek Chełmicki
16 moich miesięcy - Wiesław Misiek
Pałacyk - moja klęska i moja radość - Jan Sawka
Wieża - Kazimierz Rainczak
Wszystkie strony

Pałacyk - moja klęska i moja radość - Jan Sawka

Jan SawkaPrzyjechałem do Wrocławia studiować architekturę w jesieni 1964 roku. Pierwszy rok musiałem powtarzać, bo zawaliłem komis z matematyki. Główną przyczyną był Pałacyk. Otóż po wyrwaniu się z rodzinnego Zabrza, gdzie największą atrakcją kulturalną była orkiestra górnicza, we Wrocławiu otworzyły się przede mną Bramy Raju. Będąc synem architekta i polonistki, wychowany byłem na dobrych przykładach sztuki i architektury światowej, które wpoił we mnie Ojciec wróciwszy z Zachodu w 1945 roku z wielką skrzynią książek o Picassie, Braque’u, Gauguinie, Le Corbusierze i Bauhausie. Matka zaś wlała mi w głowę miłość do poezji i teatru. „Głos Ameryki” dodał jazz...

Wszystko to znalazłem w Pałacyku już po paru tygodniach. Wprowadził mnie tu Romek Runowicz (współtwórca zespołu „Romuald&Roman”), którego spotkałem po raz pierwszy na schodach Politechniki w dniu inauguracji naszego pierwszego roku. Spóźniliśmy się obaj na uroczystość, więc aby zdyskontować tę porażkę, poszliśmy na piwo za most Zwierzyniecki. Później okazało się, że tylko z naszego roku zaczęli się tam pojawiać Staszek Lose i Waldek Domagała, twórca „Elaru”. Tamże poznałem Geta Stankiewicza, który jeszcze studiował architekturę, ale tak naprawdę był już po „tamtej” stronie, czyli pełną gębą grafikiem. Get stał się moim najlepszym przyjacielem, mentorem i nauczycielem i to on wprowadził mnie w świat artystyczny Wrocławia. Kolejnym szaleńcem rodem z architektury był Marek Gołębiowski, potem poznałem innych towarzyszy przygody, mojej nieustającej „podróży”...

 Sam nie wiem, jak zdołałem ukończyć dwa fakultety, z wieloma zresztą kłopotami, gdyż koncentrowałem się głównie na działalności „nielegalnej”, czyli na pracy w Pałacu. W momencie największego kryzysu musiałem tam nawet wegetować parę miesięcy w pracowni na drugim piętrze, vis-à-vis pana Frania Pukasa, szyby w oknach zalepiwszy czarnym papierem. Z utraconego mieszkania naprzeciwko klubu przeprowadzał mnie Staszek Szelc, który wybił sobie dysk, niosąc jeden z wałków mojej prasy graficznej.

Studiowałem jednak dalej i każdy postęp w technikach graficznych czy malarskich albo projektowych wypróbowywałem natychmiast w warunkach bojowych. Razem z Getem próbowaliśmy wszelakich metod drukarskich rodem z tak zwanej grafiki czystej w celu wyprodukowania coraz to nowych publikacji dla pałacowej paki. Małe linorytowe zaproszenia, ulotki, pierwsze plakaty, scenografie „za nic” i „z niczego” dodawały splendoru Jazzowi nad Odrą czy małym teatrzykom.

Uwielbiałem to wszystko, poznawałem cudownych ludzi jak ja ogarniętych szaleństwem sztuki i za wszelką cenę próbujących wyzwolić się z kretyńskiej doktryny i szarzyzny codzienności. Już w czasie studiów mogłem testować moje pomysły i szlifować warsztat artystyczny z najlepszymi rówieśnikami z innych dziedzin sztuki. Była to absolutnie fantastyczna sprawa, mieliśmy wielką przewagę na starcie „oficjalnej” kariery. Nasza „Wrocławska Czwórka” grafików, czyli Janek Aleksiun, Jurek Czerniawski, Get Stankiewicz i ja, rozbiła w puch zaśniedziałą „polską szkołę plakatu” w parę zaledwie lat. Mało kto wiedział, że mieliśmy już za sobą kawał niebywałej roboty, prawie za darmo, ale też prawie bez limitów artystycznych i cenzuralnych.

Drugą, nie mniej ważną, sprawą były niespotykane wręcz możliwości współpracy z innymi sztukami. Z muzykami, aktorami, poetami, reżyserami, mimami i innymi nawiedzonymi „podróżnikami tej samej wyobraźni”. Pozwoliło mi to swobodnie myśleć, bez idiotycznych podziałów na sztukę „czystą” i „użytkową”. Ten sam cudowny Czarek Żyromski, który pomagał nam drukować na lewo nasze plakaty i inne graficzne igraszki, wydobywał dla nas spod ziemi wspaniałe płyty cynkowe, na których powstawały akwaforty i suchoryty, kwintesencja grafiki „czystej”...

Nie widziałem także konfliktu dyscyplin sztuki, kiedy Julek Kurzawa „zamawiał” u mnie (1/2 litra) plakat dla swojej jazzowej kapeli (który wycinałem w linoleum jak każdą „artystyczną” grafikę), a Marek Dyżewski plakat dla Dni Muzyki Starych Mistrzów. Do dzisiaj amerykańscy krytycy sztuki nie mogą się nadziwić, jakim cudem w tym samym czasie pracowałem u Becketta w jego teatrze oraz jeździłem po Stanach z rock-kapelą Grateful Dead i moimi dla nich scenografiami, opartymi zresztą na moich „galeryjnych” obrazach-sztandarach aranżowanych na kształt tradycyjnego ludycznego teatru starej Europy.

Trenowałem to w Pałacyku, a nie w Woodstock, NY.

Moje frustracje polityczne wyładowywałem pospołu z niebywałą grupą ludzi, ze Staszkiem Szelcem, Bogusiem Klimsą i „Ojcami”. Poznali mnie oni z Jonaszem Koftą i Jasiem Pietrzakiem, dzięki którym mogłem do kogoś pysk otworzyć mieszkając później w Warszawie.

Przed Warszawą był Kraków, STU i „Student”, i „Jaszczury”. Z Krakowa szybko wyjechałem do Warszawy, gdzie wprawdzie związałem się ze „Stodołą”, ale to już nie było to. Biedny Gołąb i ja wspominaliśmy „normalne” miejsce jak Pałac z łezką w oku.

Z początku było cienko w Warszawie i znowu musiałem przemieszkać chwilę w „Stodole”. Lecz były to już inne zupełnie zawody, bo wraz z Jurkiem Czerniawskim postanowiliśmy zmierzyć się z establishmentem polskiej sztuki oficjalnej. Zrobiliśmy to całkiem świadomie, bo uważaliśmy, że stać nas na to po takim treningu, jaki otrzymaliśmy we Wrocławiu.

Kochaliśmy świat naszej kontrkultury, to, co Padre Litwiniec nazywa „sztuką otwartą”. Ale wiedzieliśmy, jak wiele w tym układzie jest amatorszczyzny, która ograniczała nasze możliwości współpracy. Chcieliśmy zmierzyć się z najlepszymi, bez względu na uwarunkowania.

Potem była Wielka Jazda... Paryż, Europa, Nowy Jork, Los Angeles, Japonia, Arabia, znowu Europa, na horyzoncie Chiny. Podróż jak na razie bez końca... Dzielę czas między kontynenty i kultury, wiele projektów umyka zaszufladkowaniu, jak zawsze pracuję z innymi szaleńcami, z artystami, architektami, muzykami, teatrem, poetami, teraz jeszcze bardziej rozszerzył się ten wachlarz – doszli projektanci, strukturaliści, elektronicy, multimediowcy i menadżerowie wielkich korporacji, politycy i dyplomaci, kuratorzy muzeów i producenci.

Ale to wszystko zaczęło się w Pałacyku, gdzie Getas rysował strony nieparzyste biuletynu Jazzu nad Odrą, ja zaś dodawałem parzyste, a producent Wojtek Siwek szalał, aby wszystko związać razem. Jednak wszystko, co zaplanowaliśmy, wychodziło, to był jakiś cud w kraju niemożności i partactwa, prymitywnej propagandy i chamstwa. Wspaniałe profesjonalne i na najwyższym artystycznym poziomie imprezy były robione za minimalne pieniądze przez maleńkie grono artystów i ludzi dzisiaj zwanych „producentami”. To byli Siwkowie, Litwińce, Taczalscy i Dyżewscy, ludzie fachowi i sprawni, nieskurwieni politycznie, pasjonaci. Realizowali oni czasami projekty o wręcz światowym poziomie dla sprawy, która była ważniejsza niż szmal lub kariera w partii.

Na tym wszystkim jechali „działacze”, z małymi wyjątkami miernoty i konformiści, drapiący się z Kościuszki 34 na Ordynacką w Warszawie, a stamtąd do KC. Musimy pamiętać, kiedy oni w znacznym stopniu rządzą teraz „wolną” Polską, że często podwozili się do szczytu władzy właśnie na kulturze niezależnej. Brzmi to paradoksalnie, że teraz kultura i sztuka zostają zastąpione przez szmirę, kopie najgorszego, co niesie Zachód, przez szpan bogactwa.

Wygląda, że komunizm upadł, lecz jego dzieci kontynuują dewastację Polski, tym razem pod flagą NATO i z mercedesa. Zamiast kieliszka stolicznej na Kremlu, dostają befsztyk po teksasku w nieco skromniejszej rezydencji nad Potomakiem. Stajemy się bananową republiką, wieje grozą.

Chyba czas, aby zająć znowu Pałac i zacząć wszystko od nowa...

Jan Sawka
Fot. Andrea Barrist-Stern

 

 



 
Translate this website into your language using Google technology. Nasza strona po angielsku, niemiecku, francusku, czesku - w ponad 30 językach!
Joomla Templates by Joomlashack