|
Strona 5 z 11 Jeszcze o Pałacyku. I nie tylko - Ludwik Bukowski
Artykuł red. Jacka Antczaka o Pałacyku pt. „Bohema studenckiej enklawy" zamieszczony na stronie SDRP Dolny Śląsk przeczytałem z przyjemnością. Łza się kręci w oku na wspomnienie osób, wydarzeń, klimatu panującego w klubie (a byłem z nim związany przez całą niemal dekadę lat sześćdziesiątych). Autor nie obrazi się zapewne, jeżeli dorzucę garść dodatkowych informacji. Zabrakło mi w tekście nazwisk kilku wspaniałych twórców, jak choćby Staszka Korsa - artysty plastyka, który podobnie jak Jan Sawka zyskał światową sławę, czy Jerzego Hankiewicza od fotografii, Marka Dyżewskiego - twórcy i wieloletniego animatora Dni Muzyki Starych Mistrzów, „Elity” z Jankiem Kaczmarkiem, wspaniałego zespołu „Sami Swoi” z Hanną Banaszak. Trzeba też wspomnieć Tereniusza Nawrockiego, który podobnie jak Szopianka czy Rudzka, przez kilka lat był dyrektorem Pałacyku, czy choćby codziennych niemal bywalców klubu - redaktorów Tadeusza Burzyńskiego z „Gazety” i Michała Żywienia ze „Słowa”. Mam świadomość, że nie sposób wymienić wszystkich, którzy zostawili swój ślad w Pałacyku i pozostali w naszej pamięci i że Jacek Antczak świetnie przekazał te informacje, które uzyskał od swoich rozmówców.
Słowo „bohema” jednoznacznie określa profil artykułu, ale gwoli prawdy pragnę nieco szerzej spojrzeć na działalność i rolę klubu. Wprawdzie Pałacyk pomyślany był jako Centrum Kultury Studenckiej, ale był przecież domem nie tylko dla twórców i artystów, ale i dla wielu grup hobbistów i różnych zapaleńców, które miały swój znaczny udział w tworzeniu dorobku, atmosfery i historii klubu. Zasada działania Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich zarządzającej Pałacykiem była bowiem prosta - otwierać podwoje przed wszystkimi, którzy pragną tu rozwijać swoje zainteresowania, zdolności, ambicje niekoniecznie związane ze sferą kultury. Stąd mnogość formalnych i nieformalnych zespołów, grup twórczych, klubów zainteresowań, sekcji, studiów itd.
Warto więc przypomnieć, że w Pałacyku miał siedzibę (i przez pewien okres własną Salę Kominkową) Akademicki Klub Turystyczny im. Mieczysława Orłowicza z Kołem Przewodników i Sekcją Grotołazów. Członkowie Sekcji w 1962 roku odkryli w Tatrach jaskinię nazwaną przez odkrywców Czarną, uznaną podówczas za najdłuższą w Polsce (tak, tak! To dopiero była sensacja!) i mieli swój znaczący udział w odkryciu i zagospodarowaniu Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie na ziemi kłodzkiej. Wystawy fotograficzne z kolejnych wypraw podziemnych były w Pałacyku kilkakrotnie eksponowane. Z AKT wywodziła się Ola Domańska, wieloletnia szefowa schroniska studenckiego Domek Myśliwski, a później Strzechy Akademickiej. W Pałacyku częstym gościem była niezapomniana Wanda Rutkiewicz, sympatyczka AKT, najbardziej chyba znana wrocławianka na świecie. To AKT był organizatorem wielu popularnych studenckich wypraw i imprez turystycznych tradycyjnie kończących się przemarszem z Dworca Głównego do Rynku i dekorowaniem pomnika Fredry kolorową chustą. Warto wspomnieć jedną z wyjątkowych imprez - organizowaną wspólnie z Kalamburem Noc Jazzu i Poezji na zamku Chojnik.
Prezesami AKT byli między innymi Janek Klamut ps. Fafik (dzisiaj profesor fizyki i dyrektor Instytutu Niskich Temperatur), Janusz Czerwiński (znawca turystyki, wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Legnicy, autor wielu przewodników po Dolnym Śląsku i Wrocławiu), Staszek Anioł (jeden z najlepszych obecnie w kraju specjalistów od wyciągów i kolei górskich, właściciel Stacji Narciarskiej Kamienica). Na marginesie warto wspomnieć, że AKT-owcy do dnia dzisiejszego, raz do roku, zjeżdżają z całego kraju do Strzechy Akademickiej na 2-3-dniowe spotkania towarzyskie. Spotkaniom przez wiele lat „dyrektorował” Jacek Rejman.
W Pałacyku prowadziło działalność studenckie Biuro Podróży „Almatur”, z którego wywodziła się późniejsza czołowa kadra profesjonalnej turystyki wrocławskiej, a w którym przez wiele lat nieformalną, ale jakże skuteczną szefową była Mika Anioł. Osobne rozdziały to Akademicki Klub Jeździecki, czyli grono zapalonych „koniarzy” z jego twórcami Henrykiem Geringerem (dzisiaj profesor na Uniwersytecie Przyrodniczym) oraz Stanisławem Lorancem (AKJ utworzył w podwrocławskich Świniarach własny ośrodek jeździecki z kilkunastoma końmi!), Akademicki Klub Płetwonurków z Norbertem Pospiesznym (dzisiaj także profesor Uniwersytetu Przyrodniczego) czy Akademicki Klub Narciarski, którego współtwórcą był Wojtek Jonak, wspaniały narciarz, GOPR-owiec, potem lekarz wielu wypraw wysokogórskich. Można by tu jeszcze dodać Klub Pilotów Zagranicznych z Tomkiem Kwiatkowskim czy SSP ONZ (Studenckie Stowarzyszenie Przyjaciół ONZ) z Walerym Pańko (późniejszym szefem NIK) i Jankiem Sadlakiem (pracownikiem struktur oenzetowskich).
Pałacyk to także siedziba Rady Okręgowej ZSP. Jej liczne komisje i sekcje zajmowały się rozwiązywaniem codziennych problemów środowiska studenckiego, dbały o właściwy podział funduszy stypendialnych, o żywienie studentów w stołówkach, o sprawne funkcjonowanie akademików, studenckiej służby zdrowia czy spółdzielni studenckiej „Robot”, o sprawny przebieg toku studiów, o studentów pracujących. To tu organizowane były studenckie koła naukowe i obozy dla ich uczestników, konkursy na najlepszego studenta „Primus Inter Pares”, MHS-y (wakacyjne międzynarodowe hotele studenckie). Tu rodziły się koncepcje działalności klubów na uczelniach, pracy samorządów w domach studenckich, ważniejszych przedsięwzięć kulturalnych. Tu działało biuro kwater studenckich „Pokoik dla żaka” czy punkty porad prawnych dla studentów.
Swoją działalność w Radzie Okręgowej i wiele dni spędzonych w Pałacyku pamiętają zapewne do dzisiaj setki wspaniałych ludzi. Są wśród nich i ci, którzy zajmowali się sprawami ekonomicznymi (bytowymi) studentów, że wymienię tylko Zbyszka Kawalca, Jerzego Kosika, Pawła Chocholaka i Wojtka Witkiewicza (obecnie profesor nauk medycznych, dyrektor dużego szpitala), i animatorzy studenckiej kultury jak Włodek Sandecki, Janusz Zaporowski czy Maciek Kosiński, którzy później przez lata kierowali ważnymi centralnymi placówkami kulturalnymi, i działacze pionu nauki, a wśród nich Michał Sachanbiński (profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, dziś rektor Szkoły Wyższej Rzemiosł Artystycznych i Zarządzania), i Staszek Janik (późniejszy wicewojewoda dolnośląski). W RO zrodziła się koncepcja gazety studenckiej „Konfrontacje”, której pierwszym naczelnym był Rysiek Stemplowski (późniejszy szef Kancelarii Sejmu, były ambasador RP w Londynie i dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Jak mowa o gazecie, to nie sposób pominąć Czarka Żyromskiego, który był z prawdziwego zdarzenia fachowcem wśród entuzjastów-amatorów. To przez jego ręce przez wiele lat przechodziły wszystkie wydawnictwa i druki Pałacyku i Rady Okręgowej, on był w sprawach edytorskich kompetentnym doradcą i niezawodnym realizatorem (Bóg raczy wiedzieć, jak on to robił w tamtych czasach, kiedy nie było papieru, limitów, farby, mocy przerobowych itd.).
Wreszcie w RO działały komórki odpowiedzialne za zapewnienie odpowiedniej „kasy”, także dla Pałacyku i wszystkich jego grup twórczych, za pomnażanie skromnych środków otrzymywanych na działalność (dotacja stanowiła jedynie 30% budżetu, reszta to środki z działalności i sponsoring) oraz za skrupulatne rozliczanie każdej wydanej złotówki. Szczególną bezwzględnością w pilnowaniu społecznego grosza i w egzekwowaniu dyscypliny budżetowej wyróżniał się główny księgowy RO Tadeusz Olejarz (zaimportowany zresztą z Krakowa). Jego następcy, Andrzej Remiś i Janina Stawna, kontynuowali metody wypracowane przez poprzednika. Było to niezbędne. Przecież niemal wszyscy bywalcy Pałacyku, nie wyłączając tych wymienionych z nazwiska, byli studentami, mieli niewiele ponad dwadzieścia lat, wielki zapał do działalności, ale zero doświadczenia i dość luźny stosunek do pieniądza. Trzymanie tego towarzystwa „za twarz” w sprawach finansowych było niezbędne. Z tych samych powodów konieczne było przestrzeganie ustalonego i w Pałacyku, i w Radzie ładu organizacyjnego. Czuwali nad tym sekretarze RO, m.in. niezawodni Janusz Stankowski, Kajtek Mojzesowicz, Andrzej Miśkiewicz, Platon Wysoczański.
Warto także wspomnieć o sprawie, która nie jest chyba powszechnie znana. Zarządzająca nieruchomością Rada Okręgowa ZSP przez przypadek, a może powodowana wyobraźnią, podjęła starania o uregulowanie spraw własnościowych budynku. Było to na początku lat sześćdziesiątych, kiedy wszystkim wszystko wydawało się stabilne i niepodważalne. Odpowiednie zabiegi ówczesnego przewodniczącego Rady Gienka Adamczaka (późniejszego dyrektora Ossolineum i Wydawnictw Kartograficznych) i prawniczemu doświadczeniu radcy prawnego mec. Zenona Marmaja (karierę zakończył jako sędzia Sądu Najwyższego) uzyskano wpis do księgi wieczystej ustanawiający prawo do nieruchomości. W efekcie Pałacyk jako jedyny wśród sztandarowych klubów studenckich w kraju pozostał własnością ZSP, czyli studentów (jak działa obecnie, to już inna sprawa). Inne tego typu placówki jak „Od Nowa” w Poznaniu, „Pod Siódemkami” w Łodzi, „Jaszczury” w Krakowie, „Żak” w Gdańsku, w okresie przekształceń w kraju zmieniły właściciela, zarządcę i - niestety - użytkowników. A szkoda!
Nawiążę jeszcze raz do wspomnianego artykułu, a właściwie do jego nadtytułu. Faktycznie w klubie obok tysięcy młodzieży bywali często ludzie świata kultury, nauki, polityki, życia gospodarczego, w tym najwybitniejsze w owych czasach indywidualności. Ważne jest jednak i to, że wielu, bardzo wielu znanych i uznanych dzisiaj aktorów, muzyków, twórców literatury, dziennikarzy, naukowców, menadżerów, biznesmenów, właścicieli firm swoje pierwsze kroki stawiało właśnie w Pałacyku. Tutaj przeżywało pierwsze sukcesy i porażki. Często te pierwsze doświadczenia były decydujące dla ich dalszego rozwoju i kariery. Prawdą jest, że część stałych bywalców stanowili tzw. wieczni studenci. Byli oni jednak tylko statystami.
Pragnę także dorzucić dwa słowa do opisywanej przez Jacka Antczaka wizyty w Pałacyku prawie całego Biura Politycznego KC PZPR. Było to rzeczywiście niecodzienne wydarzenie. „Cynk” o możliwości odwiedzin 2-3 osób z „wierchuszki” mieliśmy wcześniej. Wśród części „góry” panował bowiem snobizm na odwiedzanie klubów studenckich. Na wszelki wypadek obsadziliśmy kolegami jeden stolik, by w razie potrzeby zwolnić go dla gości. Wzmocnieniem „bramki” zajął się dobrowolnie wspomniany A. Miśkiewicz, rosły i trzeźwo myślący facet. Kiedy zaczęły podjeżdżać pod klub limuzyny, rozpoznane osoby witał po gospodarsku przez podanie ręki. Z innymi panami w ciemnych garniturach i takich samych okularach witał się po przyjacielsku, czyli „na niedźwiadka”, badając przy tym, czy mają coś twardego pod pachami. Tych, co mieli, nie wpuszczał, uzasadniając to względami bezpieczeństwa. Jak się okazało, klub odwiedziła prawie cała górna polityczna półka w sile kilkunastu osób (jaka ona była, każdy wie, ale wyższej podówczas nie było). Osoby towarzyszące zostały skutecznie odsiane „na bramce” i czekały w samochodach. Oczywiście dla wszystkich nie starczyło miejsc. Ktoś zapytał mnie, co robić. Odpowiedziałem, że nic, przecież i stali bywalcy, i goście to dorośli ludzie, więc dadzą sobie radę. Nie było żadnych problemów. Zenon Kliszko, siedząc na stopniu estradki, recytował jakiejś młodej damie wiersze Norwida, a potem dyskutował o nich ze Staszkiem Szelcem, Mieczysław Moczar wygłaszał jakieś pretensje pod adresem studentów związane z Marcem 68, Mieczysław Jagielski opowiadał o problemach ekonomicznych, inni gadali o tym i owym, jak to w klubie. Jedyny stres, jaki przeżyłem, to występ Leszka Niedzielskiego ze skeczem o Hitlerze. Aktor był dość mocno nadwerężony i po prostu bałem się, by nie spadł z beczki, z której przemawiał. Nie spadł!
Co do kosztów pobytu gości, to każdy zamawiał „według potrzeb”, a nasza bufetowa, urocza pani Stenia, wszystko skrupulatnie notowała. Opuszczając klub około godz. 2.00, nikt nie wspominał o pieniądzach. Jak to między dżentelmenami. A jednak… Nazajutrz na Stadionie Olimpijskim odbywała się gala 25-lecia PRL. Miałem zaproszenie na trybunę honorową (!). Kiedy zasiadłem na wyznaczonym miejscu, podszedł do mnie jakiś nieznany mi mężczyzna (może z tych, co mieli coś twardego pod pachą) i wręczając pękatą kopertę, powiedział: „To zrzutka towarzyszy na pokrycie kosztów wczorajszego pobytu w Pałacyku” (tak powiedział!). Jak później stwierdziliśmy z miłym zaskoczeniem, poniesione koszty pokryte zostały z dużą górką.
Jak już się obracamy w wyższych sferach, to wspomnę o jeszcze jednym epizodzie, a właściwie o fatalnej wpadce. Pewnego wieczoru podjechała pod Pałacyk limuzyna ozdobiona proporczykiem państwa (jego nazwę pominę), którego przedstawiciel w randze konsula siedział w środku. Okazało się, że jeden z kolegów z RO umówił wizytę, ale po prostu o niej zapomniał i tego wieczoru nie przyszedł do klubu. Żaden z obecnych przedstawicieli Rady, wyjątkowo w tym dniu (czyjeś imieniny lub oblewanie dyplomu) nie mógł, a nawet nie powinien, podejmować dyplomatycznych rozmów. Trzeba było jednak natychmiast działać. Jedyny ratunek widzieliśmy w pałacykowym „bramkarzu” panu Józefie Bihunie. A trzeba wiedzieć, że był to starszy, kulturalny jegomość, przedwojenny działacz związkowy, zawsze schludnie ubrany (garnitur, koszula, krawat), z miniaturką jakiegoś odznaczenia w klapie. Pasował. Udostępniliśmy wszelkie gabinety, zorganizowali poczęstunek i… Pan Bihun doskonale zdał egzamin. O czym rozmawiano, nie mam pojęcia. Faktem jest natomiast, że rozmowa „przedłużyła się znacznie poza limit przewidziany protokołem”.
Ludwik Bukowski
W latach 1964-1970 wiceprzewodniczący, następnie przewodniczący RO ZSP
PS Do zawartego we wstępie wspomnianego artykułu pytania „kto buchnął żyrandol” z sali balowej dodam jeszcze jedno: kto „zwinął” piękny kominek z Sali Kominkowej, wspaniałe dzieło przedwojennych mistrzów zduńskiej sztuki. Był on zdemontowany na czas remontu przez wykonawców i do Pałacyku już nigdy nie wrócił. Może warto go odszukać i wydrukować zdjęcie? A nuż ktoś przez przypadek trafi. lb
|